O tym dlaczego nie warto sikać pod pomnikiem patriotów

29 grudnia 2017
Historia Marcina, czyli jak może skończyć maminsynek
29 grudnia 2017
Przybyszewski: chuć, alkohol i śmierć
3 stycznia 2018

Dawno temu...

 

Nieprzyjemnie mglisty poranek zawisł nad Sosnowcem o wiele później niż zwykle. Być może noc trwała dokładnie tyle, ile powinna, i o odpowiedniej porze zrobiła miejsce dla świtu, ale chmury wiszące nisko nad dachami budynków odbierały możliwość podziwiania wschodu słońca. Franciszek leniwie zwlókł się z łożka i stwierdził z wyraźną rezygnacją, że ognista kula, która zwykła pojawiać się na niebie gdzieś przepadła albo też w nawale obowiązków zapomniała o Czerwonym Zagłębiu – za oknem było tak szaro, że chcąc nie chcąc musiał zapalić światło.

Mężczyzna niecierpliwym gestem szarpnął zawieszoną na zardzewiałych spinaczach firankę i spojrzał na ciągnącą się daleko w dole wstęgę ulicy. Przez nieprzyjemny ułamek sekundy widział niewyraźne odbicie swojej zmęczonej życiem twarzy – głębokie, czarne oczy nawet w tak niedokładnym zwierciadle zdradzały oznaki przepicia. Nie ma co się oszukiwać, Franciszek się nie oszczędzał, uważał, że życie jest na to zbyt krótkie.

Ruszył w stronę łazienki i odkręcił kran. Zimna woda zadziałała otrzeźwiająco, rozproszyła resztki wódczanego amoku i lepkie palce snu. Szybka toaleta sprawiła, że nieco upodobnił się do człowieka.

- Marnego co prawna – mruknął sam do siebie – ale porządnych w partii nie potrzebują.

Franciszek pracował w Hucie Hebler jako brygadzista – żeby utrzymać się na swoim stanowisku musiał zapisać się do Partii – nie wiązało się to co prawda z żadnymi zobowiązaniami, poza uczestniczeniem w zebraniach i wiecach, ale i tak czuł się idiotycznie przytakując bzdurom, które wygadywali wąsaci przewodniczący. Ale co on mógł wiedzieć – skończył zawodówkę i nie rozumiał się na zamysłach mądrzejszych od siebie. Porzucając bezsensowne rozmyślania założył buty i wyszedł na śmierdzącą grzybem i szczynami klatkę schodową kamienicy przy ulicy Jagody 35.

Robotnicze osiedle nie różniło się od innych miejsc w tym mieście – niewysokie budynki z czerwonej cegły otaczały imitację parku, który składał się z kilku połamanych ławek i nieczynnej, bielonej wapnem fontanny. Automatycznie wybrał jedną z nierównych ścieżek, która każdego dnia prowadziła go do jednego z największych zakładów pracy w mieście. Wylęgarnia przodowników i królestwo fanatycznej władzy – Huta Hebler. Franciszek przeszedł jeszcze kilka kroków i zza łysych drzew zaczął dostrzegać zarys szerokiego, zastawionego potężnymi wagonami torowiska, za którym jak okiem sięgnąć ciągnęły się blaszane baraki hal i pasiaste wieże plujących dymem kominów.

-Czasem dziwię się, że w tym mieście w ogóle jeszcze da się oddychać – pomyślał Franek. Gdybym mógł zajrzeć sobie w bebechy, pewnie zamiast płuc byłby tam węgiel, szyny stodwudziestki i kłęby spalin – zaśmiał się w duchu i wyciągnął z kieszeni zmiętą paczkę „Sportów". Wetknął papierosa w kącik ust i zapalił w sposób właściwy dla klasy robotniczej, umilając sobie w ten sposób drogę dzielącą go od wejścia na teren Mordoru.

-Jak po wczorajszym? – zagadnął jasnooki mężczyzna, kiedy tylko Franek przestąpił próg hali. Pograndziło się, hę? – zwaliste ramię uderzyło w plecy Franciszka z nieprawdopodobną siłą. Jak stara mię zobaczyła, to o mało jej się trwała nie wyprostowała, tak się zagotowała. Jakby nawet gadała przez tydzień bez ustanku, to i tak by było nic w porównaniu z tym, co spotkało Dyrektora – gadał jak nakręcony. Zdezorientowany Franek coraz mniej z tego wszystkiego rozumiał.

 

Tymczasem gdzieś indziej...

 

Tajniacki był pijany. Nie żeby było to była jakaś nowość, po prostu po raz kolejny stwierdził, że z biegiem lat sprawność tracił nie tylko jego kutas, ale także głowa. Nie miał siły dumać nad tym, co martwiło go bardziej. Poczuł, że czyjeś łapy wpychają go na tylną kanapę samochodu – bardziej domyślił się, niż zauważył, co to za miejsce. Percepcję miał delikatnie mówiąc zaburzona. Zaległ jak długi na skórzanym siedzeniu czarnej wołgi i spróbował wyartykułować szoferowi, dokąd ma go zawieść. Zamiast słów z jego ust wydobyło się jedynie przeciągłe beknięcie – na szczęście chłopak za kierownicą nie pierwszy raz odstawiał go do domu i dokładnie wiedział, pod jaki adres należy zwrócić truchło dyrektora.

Kiedy ruszyli, do Tajniackiego dotarło, że jego żołądek postanowił odebrać palmę pierwszeństwa pęcherzowi – oba organy bowiem zaczęły domagać się ich natychmiastowego opróżnienia. Resztkami świadomości zatrzymał odruch wymiotny i zacisnął zwieracze – może wrócić do domu pijany, ale obrzygany i obszczany? To nie przystoi osobie na jego stanowisku.

-Zaszy…zaszy…kurwa! Stań, bo laś mi się chse – wymamrotał w kierunku siedzenia kierowcy. Chłopak w obawie, że będzie musiał sprzątać samochód, jeśli nie spełni prośby pasażera, zatrzymał się przy niewielkim, zalesionym skwerku niedaleko osiedla. Wokół paliło się kilka latarni, więc liczył, że uda mu się dowlec zwłoki szefa do bryły betonu stojącej pośrodku placyku . To najbliższe miejsce, przy którym można w miarę stabilnie osadzić pijanego, przecież nie miał zamiaru mu trzymać. Zatrzymał pojazd i jął niedelikatnie wyszarpywać Tajniackiego na zewnątrz. Przewiesił sobie bezwładne ramię przez plecy i poczłapał powoli w stronę zapuszczonego pomnika, który za chwilę miał posłużyć za latrynę. Wytarte oblicze jakiejś postaci łypnęło niewidzącym okiem na tę żałosną scenę i pominęło ją taktownym milczeniem. Szofer postawił Dyrektora przy murowanym, obdrapanym cokole i oddalił się o kilka kroków, zapalając papierosa. Zdawał sobie sprawę, że w tym stanie ta prosta czynność może zająć Tajniackiemu o wiele dłużej, niż by tego chciał.

Właśnie miał zamiar zapytać swojego pracodawcę czy nie potrzebuje pomocy, gdy usłyszał krótkie, nieprzyjemne mlaśnięcie. Później jeszcze kilka – zdawało mu się, że świecące lichym światłem latarnie przygasły na chwilę. Był niemal przekonany, że usłyszał jakby z oddali rżenie koni, ale zrzucił to na karb zmęczenia. Kto przy zdrowych bawi się w ułanów koło blokowiska? Z jakiegoś powodu jednak nadal się nie odwrócił…

-Dyrektorze, wszystko w porządku? – w ciszy jego głos zabrzmiał bardzo niepewnie. Zaniepokoił się, kiedy nie doczekał się bełkotliwego potwierdzenia. Poczuł, że włosy jeżą mu się na karku. Wetknął ręce w przepastne kieszenie i zaciskając pięści, powoli się odwrócił i od razu tego pożałował. Pomiędzy pomnikiem, a najbliższym drzewem dostrzegł fantazyjnie rozwieszony łańcuch, upstrzony gdzieniegdzie strzępem ubrania. Kiedy szofer wytężył nieprzytomny ze strachu wzrok i uświadomił sobie, z jakiego materiału zrobiono ozdobę, poczuł, że po nodze ścieka mu cienka struga moczu. Od czegoś, co w latach świetności pomnika było szablą, aż po najniższą gałąź pobliskiego, ciągnęły się flaki dyrektora Tajniackiego. Smród, jaki rozchodził się wokół świadczył, że bazą dla upiornej girlandy są najpewniej jelita. Zanim upadł, zdążył zobaczyć leżącą u jego stóp nienaruszoną legitymację partyjną z orłem bez korony, a obok niej małą, metalową tabliczkę z napisem „Pomnik walczących o wolność".

Zabłąkany pijaczek zatoczył się na brudnym chodniku. Gdyby był w stanie skupić wzrok lub słuch na tym, co dzieje się wokół, spostrzegłby, że zbliżają się milicyjne patrole. Mnóstwo patroli. Wycie syren rozdarło nocną ciszę, samochody z piskiem opon zatrzymały się pod pomnikiem. Chwilę później kopyta i szable zatańczyły w krwawym deszczu. Partia słabła.

 
paniretro
paniretro
Pani Retro, w wolnych chwilach fotograf-amator, w tych bardziej zajętych redaktorka i tłumaczka. Tematy poruszane na blogu często są przedstawiane z przymrużeniem oka, serio, z kijem naprawdę niewygodnie się siedzi. Historia może być dobrym tematem wyjściowym do lajfstajlu, pretekstem do całkiem współczesnych przemyśleń. Lubię zwierzęta małe i duże, inne stworzenia wybiórczo. Perfumy!
  • Katarzyna M

    Przyznam wzgledne Patriotyczne uczucia mam az nadtp glebokie ale jestesmt ludzmi…
    Zezwierzeconymi…