Historia Marcina, czyli jak może skończyć maminsynek

Uciechy starożytnych, czyli co kto lubił
29 grudnia 2017
O tym dlaczego nie warto sikać pod pomnikiem patriotów
29 grudnia 2017

Miłe złego początki

 

Dom na przedmieściach, w raczej dużym spośród średnich ośrodku (młodzi wykształceni i z wielkich ośrodków), nielubiana część wielkiej aglomeracji. Nie w centrum, ale z luksusem możliwości wypicia kawy w ogródku, jednak żadne zadupie, wszędzie blisko, można wyjść się pobujać albo machnąć piwerko w przyknajpianej zagrodzie. W takim miejscu wychował się Marcin*. Przeciętniak na najbardziej przeciętny sposób; wszystko było w nim zwyczajne, średni wzrost, nijaki kolor włosów, budowa żadna, bo ani gruby, ani chudy, ani przypakowany, ubrany w ten jedyny w swoim rodzaju misz-masz, wiecie, że nie da się rozróżnić, czy koszulkę dostał pod choinkę od babci, mama kupiła mu ją na targu wracając z pracy czy sprawił ją sobie sam za pierwszą wypłatę. Słowem: gdybyś zobaczył go na ulicy, po sekundzie już nie potrafiłbyś nic szczególnego o nim powiedzieć.

Marcin był synem swoich rodziców, matka jak na tamte czasy miała go raczej na starość, apodyktyczna i dumna nie wiadomo z czego, napływowa z jakiejś zabitej dechami wsi (wiadomo, po wojnie za chlebem przypełzli do miasta, w końcu ustrój się zmienił i wszyscy mieli mieć równe szanse ;) ), ojciec z pokolenia na pokolenie robotnik, PZPR po latach w końcu zrobiło go Starszym Kimśtam w bardzo dużym zakładzie, więc sami widzicie, że wszystko to nie w kij dmuchał. W każdym razie była chata, garaże a w nich dwa auta, dacza i trzy działki (nie heroiny) na czarną godzinę. No i żeby ludzie wiedzieli. Marcin w ogóle do tego nie pasował. Cudem udało mu się skończyć niezłe liceum, dostał się na Niesamowiecie Przydatny Kierunek Studiów w Wyższej Szkole Produkcji Dyplomów, po kilku latach jako przykładny obywatel zdobył tytuł magistra. Wszyscy byli dumni, w końcu to już COŚ. To prawie jak kiedyś mieć lekarza w rodzinie.

Marcin nie był towarzyski – nie chodził na dyskoteki, nie imprezował po nocach, nie korzystał z uroków młodości nawet z kumplami (bo ich nie miał), co dopiero mówić o koleżankach. Raczej siedział cicho – najlepiej czuł się przy mamie, której nigdy się nie przeciwstawił – w końcu kto inny mógł wiedzieć najlepiej co dla niego dobre. Od zawsze wszędzie jeździł przy asyście rodziców i młodszego brata – żadnych szalonych wakacji ze znajomymi, najwyżej zakładowe kolonie, w latach 90.to nawet zagranico.

 

Rodzinka

 

Rodzice też nigdy nie byli szczególnie światowi – za starych czasów jeszcze rodzina z dziećmi złaziła się na imieniny i rocznice, teraz już nie zagląda do nich nawet pies z kulawą nogą. Pokłócili się ze wszystkimi: z rodzeństwem, kuzynostwem – wiadomo, ludzie są niewdzięczni i nie potrafią docenić tego, ile się dla nich robi, a przecież powinni do końca życia chodzić na kolanach, bo za komuny załatwiało im się szynkę i mleko w proszku.

W takiej atmosferze przez całe swoje życie przebywał Marcin. Nigdy nie miał swojego zdania, a nawet jeśli czasem jego zalążki kiełkowały mu w głowie, to nigdy nie pozwolił im wyrosnąć na tyle, żeby mogły ujrzeć światło dzienne. Nie wychylał się, bo po pierwsze nie czuł takiej potrzeby, po drugie doskonale wiedział, że każdy „sprzeciw” – trzeba Wam wiedzieć, że w 9/10 przypadków Marcin nawet nie wiedział o tym, że się sprzeciwia (wyrażony nieodpowiednią miną, westchnieniem nie wtedy, kiedy trzeba, zbyt głośnym zamknięciem drzwi, pozbawionym czci spojrzeniem, brakiem pytania o pomoc przy obiedzie/sprzątaniu/wnoszeniu zakupów akurat wtedy, kiedy ono powinno być zadane) kończył się awanturą przeradzającą się w histerię przechodzącą następnie w zawał, który ostatecznie nie nadchodził, ale przecież mógł, i na pewno następnym razem to się stanie (co 2 sekundy jakaś matka umiera na serce przez złego syna). Dzień później wcale nie było lepiej, w najlepszym wypadku miał wyprowadzić się z domu. Przebłaganie trwało zazwyczaj około tygodnia i wymagało ogromnych starań – królowa była wszak nieugięta. W takich warunkach nikomu nie chciałoby się przeprowadzać rewolucji.

Marcin dobiegał czterdziestki i nigdy nie miał dziewczyny. Ba! W życiu nie był nawet na randce. Jasne, kiedyś podobała mu się jedna z drugą, ale jakoś nie miał śmiałości ujawnić swoich zamiarów – koledzy zazwyczaj byli szybsi a on musiał obejść się smakiem. Nigdy nie narzekał ani im nie zazdrościł – był na to zbyt poczciwym i potulnym człowiekiem. Dni biegły mu monotonnie, po powrocie z pracy siadał do komputera i odpalał jakiegoś erpega, koło 22 po cichu otwierał sobie przemycone w tajemnicy przed rodzicielką piwko (ile razy słyszał, że się rozpije tak jak jego dziadek). A rano znów do biura. Koleżanki lubiły Marcina – był uczynny i miły, a przy tym naiwny jak dziecko, dlatego można było dowolnie wykorzystywać go do swoich celów, o czym nawet się nie zorientował. Cieszył się, kiedy mógł komuś pomóc. Był przy tym do bólu uczciwy.

 

Cudowna

 

Pewnego razu, na skutek zaskakującego splotu zdarzeń, którego nie mogę tu przytoczyć z obawy przed tym, że ktoś z mojego otoczenia rozpozna bohatera tej historii, Marcin poznał JĄ. Prawdziwy ideał. Objawienie. Rzeczony dar z nieba już po jednym spotkaniu błyskawicznie pokapował się z kim tańczy i zaczął kuć żelazo póki gorące – widocznie wystarczyło jej inteligencji by wykalkulować, że drugi taki w życiu się jej nie trafi – z fajnym samochodem (prezentem od rodziców), niezłymi zarobkami, w dodatku porządny i tak dziecinnie łatwy do manipulacji… A dalej to już sami wiecie. Pokazała mu jak się robi to i tamto (choć nawet przy bardzo dużej dozie dobrej woli trudno byłoby ją nazwać urodziwą, a już tym bardziej sympatyczną) i całkowicie zawładnęła jego głową. Od tej pory nikt i nic się nie liczyło. Świat zaczynał się i kończył na Cudownej. Nie minęło dużo czasu, a Marcin wynajął dla nich przytulne mieszkanko w centrum miasta.

Cudowna chyba próbowała już z niejednego pieca. Równie nieładna co zarozumiała, miała na każdy temat swoje zdanie, a sprzeciw kwitowała wywracaniem oczyma, krzywieniem się i teatralnym fuczeniem. Cudowną bardzo łatwo było obrazić. Trzeba wam wiedzieć, że nie liczyła się z nikim – tak pewna swojej pozycji, że w kontaktach z bliskimi Marcina nawet nie starała się okazać odrobiny dobrej woli. Od razu stwarzała dystans - nie było nawet sensu się łudzić, że może narodzić się jakaś nić porozumienia. Trudno żeby miska goniła psa – w końcu jeśli mamuśka chce widywać synalka, to niech oddaje należytą cześć nowej władczyni. Jak to mówią, umarł król, niech żyje król.

Marcin jest zachwycony. Wszystkie polecenia wykonuje na skinienie: sprząta, pomaga w kuchni, zawozi, odwozi, robi zakupy. Zmienił dietę, chociaż zawsze lubił dobrze zjeść, teraz chwali warzywa na parze i przecieraną zupę z kuskusem. Kiedy chodzi o Cudowną, bez problemu podpali świat – nikt nie ma prawa zwrócić jej uwagi ani niepochlebnie się o niej wyrazić. A już tym bardziej mamusia. Wiecie jak to jest… Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie.

 
paniretro
paniretro
Pani Retro, w wolnych chwilach fotograf-amator, w tych bardziej zajętych redaktorka i tłumaczka. Tematy poruszane na blogu często są przedstawiane z przymrużeniem oka, serio, z kijem naprawdę niewygodnie się siedzi. Historia może być dobrym tematem wyjściowym do lajfstajlu, pretekstem do całkiem współczesnych przemyśleń. Lubię zwierzęta małe i duże, inne stworzenia wybiórczo. Perfumy!
  • Katarzyna M

    ;3 zawsze mnie cieszą pozytywne zakonczenia.
    Ta Ona czasem jest jednak wybawieniem;3