Z Poli-Loli nie tylko o ciuchach

20 listopada 2017
Pierwsza lesbijka przedwojennej Polski
10 listopada 2017
Witkacy to był dobry wariat
21 listopada 2017
 

Poli Loli, oficjalnie nazwana Katarzyną, a w głębinach Facebooka nawet Joanną – blogerka, kolekcjonerka i znawczyni ubrań i dodatków retro/vintage. Powie Wam wszystko o ciuchach z głębin babcinych szaf, po ściegu rozpozna nawet kolor oczu krawcowej.;) Poglądami na pewne sprawy nie do końca się ze sobą zgadzamy, ale rozmowa dotyczy przede wszystkim pasji i umiejętnego wplatania jej w życie codzienne.

Poglądy mojej rozmówczyni są skrajnie różne od moich, w założeniu wywiad miał być o ciuchach, nie cenzurowałam jednak niczego, co zostało powiedziane, mimo że w kilku momentach prawie mi serce stanęło. ;) Postanowiłam skupić się przede wszystkim na ogromnej wiedzy Poli Loli na temat propagowanego przez nią stylu. Bierzcie i czytajcie!
 
 

PR: Jak to się stało, że zainteresowałaś się stylem retro/vintage? To jakaś rodzinna tradycja, zafascynowała Cię postać jakiejś kobiety żyjącej w tamtym okresie? W ostatnich latach obserwuje się modę na poszukiwanie swoich korzeni, jak było z Tobą?

 

 
PL: Powiem szczerze, że moje zainteresowanie takim stylem wiąże się jedynie z odczuciami estetycznymi. Moja rodzina pochodzi w dużej mierze ze wsi, większość z moich przodków była robotnikami, czy chłopami i bardzo ciężko pracowała, za co ich ogromnie podziwiam i bardzo szanuję. Biorąc pod uwagę powyższe, nikt nie przywiązywał zbyt wielkiej wagi do tego jak jest ubrany, kiedy często brakowało nawet podstawowych rzeczy warunkujących egzystencję w przyzwoitych warunkach. Przed wojną mojej familii kiepsko układało się życie z tak zwanymi „dziedzicami”, którzy robili wszystko by maksymalnie uprzykrzyć im życie. Potem borykali się z okupantem niemieckim, który wyrzucił ich z domu i kazał mieszkać w ziemiance. Inna część rodziny pojechała na roboty do Niemiec. Jedna z ciotek trafiła do obozu pracy. Dopiero po wojnie wszyscy zaznali w miarę spokojnego życia. Moja jedna babcia była szwaczką, obecnie jest na emeryturze. Za dzieciaka bardzo lubiłam jej szklaną, biżuterię, ale nie przełożyło się to zbytnio na moje dorosłe życie. Zawsze chciałam szyć, to na pewno. Ale jestem w tym beznadziejna.
 

 
PR: Retro to nie tylko noszenie ubrań, które pamiętają nasze prababki. Według mnie to także sposób na życie: zgadzasz się z panującymi w tamtych czasach zasadami i obyczajami, np. tymi dotyczącymi kobiet?
 
 
PL: Jeśli by tak było to jak moje prababki robiłabym w polu. Dla mnie to tylko estetyka, ubiór. Nic więcej. Nie romantyzuję tamtych czasów. Były straszne. Okrutne dla kobiet, które mimo prawa głosu, tak naprawdę nie znaczyły nic. Były straszne dla Żydów i to jeszcze przed wybuchem wojny (słyszeliście o incydencie w Zbąszyniu? Nie, to polecam się zapoznać). Jestem szczęśliwa, że czasy autorytaryzmu, rządów wojskowych, totalitarnej okupacji są za nami. Międzywojnie było tak samo straszne. Wystarczy popatrzeć na odsetek analfabetów w społeczeństwie. Władza zajmowała się utarczkami pomiędzy sobą, a normalne rodziny, takie jak moja, były na skraju ubóstwa i musiały katorżniczo pracować. Chociaż i tak nie było aż tak źle, jak popatrzeć na sytuację robotnic żydowskich we Lwowie. Niedawno był o tym bardzo mocny artykuł. Polecam guglać. Obyczaje, głupkowate filmidła o amantach i ich kochankach, były pudrem przykrywającym totalny rozkład. Cieszmy się, że to za nami.
 
 
PR: Kiedy oglądam na zdjęciach Twoje stylizacje, odnoszę wrażenie, że masz gdzieś w szafie ukryty wehikuł czasu i po prostu przenosisz się kilkadziesiąt lat wstecz i podbierasz ubrania z garderoby żyjących wtedy pań. Gdzie wynajdujesz takie perełki? Czy nie jest tak, że wraz z upływem czasu coraz ciężej takie dostać?
 


 
 
 
Gust i moda przywracają do łask wszystko z wyjątkiem tego, czego czas od nas nie oddalił.

Margot Fonteyn

 

 
PL: Jeśli chodzi o to gdzie znajduję ubrania to najczęściej są to zagraniczne aukcje i grupy na Facebook, ale też rodzime szmateksy i second handy w Niemczech. Dodatki często znajduję na targach staroci. Niestety rodzimi handlarze nie poważają ubrań, za to mają całkiem sporo ładnych torebek czy kapeluszy. Niekiedy ze strasznymi historiami za sobą. Jeden z nich, pochodzący z Protektoratu Czech i Moraw, powstał na ulicy gdzie naziści wywieźli i zamordowali 130 osób. Zachował się w pięknym stanie. Co za gorzka ironia. Czasami te przedmioty potrafią przetrwać gorsze rzeczy, niż ludzie. Co do ich stanu bywa różny. Ja biorę wszystkie, trochę z misją żeby móc je w jakiś sposób uratować. Niektóre są praktycznie nieruszane i dość dziwaczne – zapewne nieudane dzieła krawcowych, albo równie nieudane zakupy; na poprzednią właścicielkę mogły nie pasować, albo nie lubiła tego ubrania. Dzięki czemu takie rzeczy się ratują same, co sprawia, że my teraz mamy dość zachwiany pogląd na to jak kiedyś wyglądała moda, a właściwie jak ludzie wyglądali na co dzień. Myślimy sobie, że nasi przodkowie mieli dużo mniejsze stopy, wręcz filigranowe: ale to dlatego, że najbardziej popularne rozmiary były używane i w nich często chodzono, zużywały się, niszczyły i albo przerabiano je na inne (tak skończyło wiele par butów z lat 30-tych, które w latach wojennych cięto na paski i robiono sandały), albo szły do kosza. Podobnie jest z rozmiarówką. Narzeka się, że kobiety kiedyś się głodziły (często to nie był ich wybór), ale jak zobaczymy tabele wymiarów z dawnych magazynów z wykrojami to są one bardzo zbliżone do tych pochodzących ze współczesnych czasów. Dlatego bardzo się cieszę, że jestem typowym owsikiem i mogę nosić te maluchy, które przetrwały dziesięciolecia i zachowały się po dzień dzisiejszy w doskonałym stanie. W równie komfortowej sytuacji są dziewczyny plus size, dla których znajdzie się wiele perełek z dawnych lat. Typowe M-ki mają stosunkowo najtrudniej, ale często znajduję takie rzeczy w second-handach. Przygarnia je moja Kasia, która wygląda w nich idealnie. Ja jej podkradam i spinam się paskiem… i niestety wyglądam jak nieszczęście. Oczywiście znajdują się ubrania w stanie agonalnym. Te lubię najbardziej. Lubię je przeszywać, łatać dziury, farbować: dawać im nowe życie. Postawiłam tak na nogi parę ładnych rzeczy. Oczywiście zapewne ktoś z kierunkowym wykształceniem zrobiłby to lepiej, ale staram się jak mogę i cały czas się uczę. Książki o historii mody są ciekawe, ale jednak wolę dowiadywać się o dbaniu i naprawianiu od kolekcjonerów vintage i od dziewczyn, które noszą się tak na co dzień, tak jak ja. To jest zupełnie inne doświadczenie, niż troszczenie się o muzealne okazy. Ja stawiam na ubrania zwyczajnych ludzi, nie na jakieś wysokie krawiectwo. I tego brakuje mi w rodzimej literaturze. Wszyscy patrzą na styl aktorek, inteligentek, ludzi z wyższych sfer, którzy powiedzmy sobie szczerze: byli niewielką częścią społeczeństwa, a ich ubiór nie był reprezentatywny dla reszty. Brytyjczycy, czy Amerykanie są szalenie dumni ze stylu wypracowanego przez robotnice: chustek, snoodów, swingowego stylu, czy bardziej wiejskiej odmiany: land girl. U nas to się pomija, chowa pod dywan, jakby to było coś wstydliwego, a przecież nie jest. Dużo większe prawdopodobieństwo jest znalezienia normalnej Day dress z lat 40-tych niż wymyślnego hollywoodzkiego stroju z czerwonego dywanu. Bez wiedzy o tym, jak wyglądał ten pierwszy, trudno będzie cokolwiek znaleźć w secondhandach.
 

 
PR: To będzie poruszenie nieco drażliwego tematu, ale muszę Cię o to zapytać: jaki jest Twój stosunek do wyrobów skórzanych i noszenia naturalnych futer? W czasach, którymi obie się fascynujemy posiadanie takich rzeczy było synonimem luksusu (w świadomości niektórych, szczególnie na Wschodzie, jest tak do dzisiaj), obecnie coraz częściej piętnuje się wspieranie branż zajmujących się ich produkcją.
 

 
PL: Jestem wegetarianką. Nie kupuję nowych rzeczy wykonanych ze skór, czy futer, ale vintage mi nie przeszkadza: nie wrócę tym zwierzakom życia, a sama nie będę musiała kupować sztucznej skóry, której wytworzenie wiążę się z niewolniczą pracą w skrajnie niebezpiecznych warunkach i dodatkowym zatruciem środowiska. Nie mam nic przeciwko starym torebkom, czy paskudnym liskom z kłapiącym dziobem: uważam, że należy ich używać tak długo, jak się do tego nadają, by nie nakręcać rynku.
 

 
PR: Zawsze podziwiałam osoby, które próbują przekuć swoją pasję w sukces na polu zawodowym. 19 listopada wystartował sklep internetowy z odzieżą retro/vintage, który założyłaś wspólnie z dziewczynami podzielającymi Twoje zainteresowania. Jaki był odzew potencjalnych kupujących? Widać, że moda na retro powraca?
 

 
PL: Tak się składa, że nie jestem założycielką sklepu, a jedynie nieoficjalnym pomocnikiem. Właścicielką jest moja Kasia. Ja pomagam jej z datowaniem i naprawą ubiorów. Mózgiem, właścicielem, człowiekiem od wysyłek, administracji i wszystkich rzeczy, których nie ogarniam jest właśnie ona. Otwarcie było wielkim sukcesem: 1/3 asortymentu wyprzedała się w dwie godziny. Wydaję mi się, że to kwestia tego, że stawiamy na odzież starszą niż lata 80-te i proponujemy jej tańsze zamienniki, a nie kurtki Bomber i obciachowe getry, za jakieś straszne pieniądze. Sklep jest dla Kasi formą spełniania jej pasji, nie jedynym źródłem zarobku, więc nie miałyśmy ciśnienia na to, żeby podchodzić do tego stricte komercyjnie. Wiele razy słyszałyśmy od osób prowadzących polskie vintage shopy, że nie ma sensu sprzedawać rzeczy powiedzmy z lat czterdziestych, bo w Polsce nikt tego nie będzie kupował i wszyscy będą marudzić, że jak to tak drogo, za tak starą rzecz! My postanowiłyśmy to zmienić. Chcemy oferować ubrania z czasów wojennych, czy nawet przedwojennych, albo zaraz powojennych, w cenach, które są na Polską kieszeń, porównując to na przykład z cenami z Etsy. Nie musimy na tym koniecznie zarabiać kroci! Chcemy by naprawdę piękne rzeczy, sprzed siedemdziesięciu, czy nawet sprzed pięćdziesięciu lat znalazły nowy, kochający dom i wyprały trochę tandetę szytą w Chinach. Chwilowo ten eksperyment można uznać za udany.
 

 
 

 
PR: Wiem, że bywasz na różnego rodzaju imprezach nawiązujących tematycznie do okresu przedwojennego lub PRL. Czy widzisz sens takiego odtwórstwa historycznego, uważasz to w pewnym sensie za misję? Przypominanie o tradycji, propagowanie szyku i klasy wśród współczesnych?
 

 
PL: Hm, bywałam kiedyś na rekonstrukcjach, ale nie chodzę na bale przedwojenne, nie utożsamiam się z fascynatami sanacji, którą utożsamiam głównie z autorytaryzmem, głodem, analfabetyzmem i osadzaniem niewygodnych osób w różnych placówkach, które nijak nie spełniały żadnych norm. Gdyby Niemcy próbowali odtwarzać nazistowskie spędy, wszyscy dostaliby świra, ale kiedy w Polsce odtwarza się zabawy bieda-oficerów, odpowiedzialnych za zagłodzenie dobrych tysięcy jeńców wojennych, czy torturowanie więźniów politycznych, to jest to spoko. Dla mnie nie jest. Nie uczestniczę w tym i bardzo głęboko tym gardzę. Co z tego, że różni dziedzice przestrzegali zasad savoir vivre, kiedy traktowali ludzi takich jak ja, takich jak moja rodzina, jak ostatnie śmieci. To żadna klasa, żaden szyk. To jest gówno w bawełnianych pończochach i coś, czego nie powinno się promować.
 

 
PR: Powiedz mi jeszcze jak to wygląda u Ciebie z tzw."współczesnością"…zaczęłaś ubierać się w ten sposób, bo poszukiwałaś alternatywy dla dzisiejszej mody? Sieciowe sklepy zalewa zazwyczaj tandeta, w dodatku mocno dyskusyjnej jakości… Jakie jest Twoje zdanie na temat obecnie panujących trendów?
 

 
PL: Jestem przeciwniczką sieciówek. Ich polityka na każdym szczeblu jest zła. Czy na etapie produkcji, gdzie zamyka się robotników na klucz w fabrykach i każe pracować za marne grosze i głodzi jak niewolników, czy na etapie lokalnym, gdzie zatrudnia się młode osoby na jakieś dziwne umowy, które nie obejmują składek emerytalnych. Ci wszyscy pracownicy sieciówek są poddawani terrorowi psychicznemu, często pracują o wiele więcej godzin niż mają w umowie i nikt im za to nie płaci. Ja sieciówki bojkotuję. Podobnie mam z retro markami, które de facto są sieciówkami, ale starają się to ukryć, firmy takie jak Collectif, czy Lindy Bop, wołają sobie całkiem sporo za swoje wyroby, a ich produkcja znajduje się właśnie w Chinach. What Katie Did, udający luksusowy sklep z bielizną szyje w Indiach! Unikam tego. Jeśli coś mi się podoba, znajduję z drugiej ręki. Nie chcę dokładać się do takiego biznesu. Zrobiłam na blogu przegląd retro marek i tego, gdzie szyją. Okazało się, że najbardziej etyczni są Niemcy i Amerykanie, najgorzej wypadają Brytyjczycy, co w sumie, patrząc na ich kolonialne zapędy, wcale nie dziwi. Zresztą ten naród za bardzo nie poczuwa się do zbrodni, których dokonał np. na Hindusach, a których ciężka praca została wykorzystana do budowania „imperium”. Co do jakości: te rzeczy są przewidziane na to, żeby jak najszybciej się rozwalić, by natychmiast kupić coś nowego i dalej nakręcać spiralę. Dlatego niemal całkowicie przerzuciłam się na Real vintage. Jeśli rzecz była w stanie przetrwać kilkadziesiąt lat i zmiany właścicieli, to wygra na każdym polu z tandetą z Zary, czy innego przybytku wyzysku. A zaczęłam się tak ubierać, bo zwyczajnie znudził mi się mój poprzedni styl: Lolita fashion. Nie pasowało to do mnie, więc dałam sobie spokój, a zawsze miałam pociąg do lat czterdziestych w modzie. Poza modą, była to naprawdę przerażająca dekada, a ślady tego terroru, często pobrzmiewają echem w mojej kolekcji.
 

 
 
paniretro
paniretro
Pani Retro, w wolnych chwilach fotograf-amator, w tych bardziej zajętych redaktorka i tłumaczka. Tematy poruszane na blogu często są przedstawiane z przymrużeniem oka, serio, z kijem naprawdę niewygodnie się siedzi. Historia może być dobrym tematem wyjściowym do lajfstajlu, pretekstem do całkiem współczesnych przemyśleń. Lubię zwierzęta małe i duże, inne stworzenia wybiórczo. Perfumy!